I się spełniło… Viva Mexico

W każdej dziedzinie sportu każdy kto się tylko w coś wkręci, zaczyna mieć cele i marzenia związane z tym co robi. W środowisku nurkowym liczy się tzw. wizura…, a gdzie jest najpiękniejsza woda? M.in. na Islandii w słynnym rowie, gdzie stykają się dwie płyty tektoniczne (amerykańska i europejska) oraz w cenotach na Yucatanie dlatego już dawno zrodziło się w naszych głowach marzenie, by zanurzyć się w tych Majańskich wodach…

Aby poznać inną kulturę, inne jedzenie, inny świat… ale… no właśnie, zawsze jest jakieś „ale” . Meksyk nie należy do krajów, które widnieją na naszej liście tanich wakacji, dlatego pieniądze głównie stanowiły przeszkodę, aby się spakować i tam polecieć. Jednak życie lubi zaskakiwać i we wrześniu 2014 pojawiła się tania opcja na przelot z Londynu do Cancun za ok 1300zł. Szybkie telefony do naszych znajomych, szybkie decyzje i już kupujemy 10 biletów na koniec stycznia 2015. Wylot z Londynu nas nie przeraził, ponieważ wiedzieliśmy, że z Berlina do którego mamy bliżej niż do Warszawy są 3 razy dziennie doloty i raczej nie bedzie z tym problemu.

I stało się mamy e-tickety na skrzynce pocztowej… Viva Mexico…no ale tak lecimy tam nurkować każdy musi mieć swój bagaż i to najlepiej taki do 30kg więc kolejne koszta dochodzą z tygodnia na tydzień, nocleg, pakiet nurkowy, ubezpieczenia, wynajem auta, dolary… ale cóż jak nie teraz to kiedy? Życie jest za krótkie by nie cisnąć do przodu, wymiana auta może w sumie poczekać, remont mieszkanie również…

No to lecimy, 21 stycznia nadszedł szybko u nas -14oC a już za 24h będziemy się moczyć morzu karaibskim, woda w styczniu miała temp. 28oC, więc to było to co nas podtrzymywało na duchu jak zmienialiśmy lotniska i fotele w terminalach. Wylot z LGW mieliśmy o godz. 9:40 lądowanie w CUN ok 17 czasu lokalnego, więc prawie 11h w samolocie dało wszystkim się we znaki.

W końcu wylądowaliśmy, zapach Meksyku po wyjściu z samolotu spowodował, że każdy zapomniał o zmęczeniu. Teraz tylko wyrywkowa kontrola szybko bagaże i transfer z wypożyczalni. Niestety w krajach latino nikt się nie śpieszy i każdy ma na wszystko czas, dlatego w naszym aucie siedzieliśmy dopiero po 19, a na domiar wszystkiego spotkaliśmy jeszcze znajomych nurków z Polski, którzy przylecieli z Warszawy. Jak to mówią góra z górą się nie zejdzie ale człowiek z człowiekiem zawsze. Jest już grubo po 20 jak wyjeżdżamy z wypożyczalni.

Nocleg mamy w Tulum, ponad 120km drogi przed nami. Na szczęście autostradą, no to jedziemy…W deszczu, ledwo widząc na oczy, zmęczeni podróżą, zmiana strefy czasowej i klimatu, szybko się przekonujemy ze to jednak Meksyk… Pasażerowie śpią, i wszystko byłoby wspaniale gdyby ktoś nas uprzedził, że w Meksyku na autostradach są progi zwalniające. No to siup 120km/h na próg… to już był nasz 3 start i lądowanie w tej dobie. 🙂 z tyłu iskry ale cóż jedziemy dalej nagle wszyscy się już wyspali i co gorsza zgłodnieli.

No to zjeżdżamy do Playa del Carmen i przy stacji benzynowej stoi wąsaty meksykanin z wózkiem, tortillami i jakimś mięskiem. Kilka pesos za ciepły posiłek po 2 dniach suchego prowiantu zapowiadał się dobrze. Zapach obłędny, sosy do wyboru czerwony i zielony, talerzyk obiegowy z reklamówką jednorazową do wymiany i decyzja o 4 porcjach. Pan się uprzejmie pyta czy ma być picante? Odrazu mówimy, że nie, ale po reakcji jego „współpracownika” widać, że mają dobrą zabawę z gringo. Tak to był niewątpliwie ciepły posiłek…

Godzina 22:30 wysiadamy przy naszej mecie do spania, paru osobom puszczają nerwy ze zmęczenia inni już się znieczulili tequilą, a my postanawiamy iść spać. Przebudzamy się ok 3 rano wyspani i co teraz? Idziemy na balkon? – Idziemy…, po cichu, aby nikogo nie obudzić. Posiedzimy sobie i do śniadania jakoś damy radę. Przy okazji odezwały się już te tortille z Playa del Carmen. W Meksyku jest znaczące przyspieszenie w przemianie materii.

Wychodzimy po cichutku na balkon a tam… wszyscy już siedzą wyspani 🙂 no tak Jet Lag to jest chyba właśnie to. Niestety nie wszyscy z ośrodka byli zadowoleni, że 10 el-Pollaco siedzi wyspanych o 3 rano na balkonie. No ale cóż to się wytnie…

Mamy 10 rano, szybka decyzja idziemy na plażę, oczywiście spacerkiem, bo każdy miał dosyć transportu mechanicznego.

Jak się okazało to była kolejna zła decyzja, jednak 2 h spaceru w 30oC upale bez wody, czapki i okularów znowu nauczyło nas pokory do krajów równikowych. Słońce w zenicie, brak wiatru, rozgrzany asfalt, i suchość w ustach doprowadzała nas do rozpaczy. Na szczęście tuż przed plaża spotkaliśmy naszych z ekipy co przyjechali autem, więc wizja drogi powrotnej autem podniosła nas na duchu. No ale jak w 8 wrócimy 5 osobowym sedanem??? Normalnie to jest Meksyk… Dwóch z przodu, 4 z tyłu, i 2… hmmm… no trudno w bagażniku.

Nadszedł czas aby wypłukać sprzęt w tej mistycznej majańskiej wodzie, w końcu po to tu przylecieliśmy. Na początek Cenota Dos Ojos, oczywiście my robimy nurkowania Cavernowe, czyli takie gdzie wyjście z jaskini nie zajmuje więcej jak 5-10 min i teoretycznie zawsze widać naturalne światło. Kilka osób z ekipy miało już kurs jaskiniowy albo byli w trakcie konczenia.

Wszyscy pierwszy raz mieliśmy sufit nad głową podczas nurkowania, więc emocje były duże. Do ciemnej wody to chyba każdy z nas był przyzwyczajony po polskich realiach ale klimat cenot to nie tylko ciemność.


Cała ta otoczka, składanie ofiar majańskim bogom, sakralne obrzędy, stalaktyty i stalagmity zwisające z sufitu, ludzkie kości porozrzucane po jaskiniach powodują że człowiek zaczyna myśleć o tych ludziach co żyli tysiące lat temu i zdaje sobie sprawę jak niewiele po Nas zostaje.

Podsumowując…. jedno z piękniejszych nurkowisk na ziemi, warto tam być chociaż raz….